Kroniki TOPR - Kroniki 1929
Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe w roku 1929.
Rok sprawozdawczy obfitował w niebywałą dotychczas ilość tragicznych wypadków w Tatrach.

Śmiertelne żniwo obejmuje dziewięć wypadków, których epilogiem były cmentarne krzyże, dwa wypadki ciężkiego potłuczenia i jeden dotąd niewyjaśniony wypadek zaginięcia bez wieści. Prócz powyższych było jeszcze kilka wypadków, przez T O P R nie notowanych.
Dwukrotnie zostało T O P R fałszywie zaalarmowane, raz do Morskiego Oka, drugi zaś raz na Halę Gąsienicową. W obydwu wypadkach alarm spowodowały hałaśliwe okrzyki turystów w górach. To niekulturalne zachowanie się niektórych turystów może być kiedyś przyczyną prawdziwego nieszczęścia, gdyż o tej samej porze może być Pogotowie wzywane na inne miejsce, gdzie każda minuta opóźnienia decyduje o śmierci lub życiu człowieka lub nawet kilku ludzi.
Ilość wypadków wzrastająca z roku na rok świadczy zarówno o wielce wzmożonym ruchu turystycznym jak i o pewnym niedocenianiu trudności wypraw skalnych o braku doświadczenia i techniki taternictwa i o lekceważeniu przygotowania fizycznego lub przecenianiu swych sił.

A teraz przejdźmy kolejno poszczególne wypadki, w których Pogotowie Ratunkowe interweniowało.

Dnia 17 marca br około godz 11 rano zdążało dwóch narciarzy Józef Roj, syn Stanisława Roja z Zakopanego i Tadeusz Stasina drogą przez Skupniów, Upłaz na Halę Gąsienicową, na nartach Kilkadziesiąt metrów przed miejscem, gdzie droga na Skupniowym Upłazie łączy się ze żlebem pod Kopą Królową, narciarze ci skuszeni doskonałym śniegiem zjechali z drogi w dół w kilku, wskutek czego podcięli duży płat o śniegu, powodując, obsunięcie się go. Lawina ta porwała obydwu narciarzy do żlebu, gdzie zostali zasypani i drugą lawiną, która spłynęła równolegle żlebem z pod Kopy Królowej.
Tragedia dokonała się w przeciągu kilku sekund na oczach paru turystów zdążających na Gąsienicową. Część tych świadków natychmiast zjechała na nartach i dzięki wystającej ze śniegu narcie należącej do Tadeusza Stasiny wydobyła go z lawiny w stanie półprzytomnym.
Rozpoczęto natychmiast poszukiwania za Józefem Rojem.
Druga część turystów udała się pieszo na Halę G z doniesieniem o wypadku i w celu zabrania kilku łopat do odgrzebywania śniegu. Z Hali G zawiadomiono również telefonicznie Pogotowie Ratunkowe, które przeciągu półtorej godziny przybyło na miejsce wypadku, 5 km sankami i 3 km na nogach, po bardzo zapadającym się śniegu w lesie.
Lawina swą wielkością, długością i głębokością przedstawiała obraz niesamowity. Długość jej wynosiła około 500 m, głębokość zaś od 3 do 5 m Poszukiwania w tych warunkach przedstawiały nieprawdopodobne trudności przerastające siły nie tylko członków T O P R, lecz wszystkich turystów i ludności, która na wieść o wypadku gromadziła się wciąż przy lawinie. Ponieważ nikt ze świadków osuwającej się lawiny nie zdołał zobaczyć, w którem miejscu w żlebie strumienie śniegu zasypały drugiego narciarza Roja, przeto prace nad rozkopywaniem śniegu prowadzono naraz w kilku miejscach, licząc tylko na przypadkowe natrafienie na ciało Roja, o znalezieniu bowiem w stanie żywym nie mogło być mowy ze względu na to, że od wypadku upłynęło dużo godzin, a śnieg lawiny był niezwykle twardy. Poszukiwania trwały do nocy bezskutecznie.
Na drugi dzień również wcześnie z rana rozpoczęto pracę trwającą cały dzień.
Dopiero w trzecim dniu sondowaniem śniegu długimi prętami żelaznemi udało się natknąć na zwłoki Roja, które natychmiast odkopano i zwieziono do Zakopanego.
Zwłoki leżały w pozycji skulonej, siedzącej na głębokości 5 m w górnej połowie lawiny, w miejscu, w którem najmniej spodziewano się je znaleźć. Tragiczny ten wypadek zbiegł się dziwnym trafem z ilustracją przedstawiającą ś.p Mieczysława Karłowicza, którą podał "Ilustrowany „Kurjer codzienny” w niedzielnym wydaniu z 17 III 1929r.
Jak wiadomo ś p Karłowicz zginął był również pod lawiną na Hali Gąsienicowej.

16 VI b r w dzień świąteczny wybrała się Motykówna Marja lat 22, siostra znanych narciarzy na spacer do Doliny Białego. Tu wspięła się dostępną ścieżką na jedną z wysokich i stromych turni.
Według wszelkiego prawdopodobieństwa Motykówna czytała na szczycie turni książkę, którą obok niej później znaleziono, poczem zasnęła, straciła równowagę i spadła z wysokości około 30 m. Mógł również zajść wypadek potknięcia się na szczycie i upadku.
Przechodzący turyści znaleźli ją nieprzytomną parę metrów od drogi prowadzącej do Białego. Pogotowie Ratunkowe zawiadomione o wypadku zniosło nieszczęśliwą do wylotu Doliny Białego, skąd karetką odwieziono ją do szpitala.
Motykówna doznała złamania obydwu nóg i bardzo ciężkich obrażeń wewnętrznych, tak że po trzech dniach męczarni, nie odzyskawszy przytomności zmarła 18 czerwca.



Dnia 5 lipca b r poniosło społeczeństwo polskie, literatura tatrzańska i szerokie koła taternickie stratę, o której rozmiarach wypowiedzą się na innem miejscu powołane do tego czynniki oraz przyjaciele Zmarłego.

1929_swierz.jpg
Mieczysła Świerz (z lewej) i ksiądz Jan Humpola



Zginął dr Mieczysław Świerz, polska sława taternicka, pionier alpinizmu polskiego. Około godz. 2-giej popołudniu alarmujący dzwonek telefoniczny nerwowo poruszył pozostałych o tej porze przypadkowo w biurze P. T. T. piszącego te słowa i p. Józefa Oppenheima.
To z Hali Gąsienicowej doniesienie o wypadku na Kościelcu.
W pierwszej chwili nie wiemy, o kogo chodzi, gdyż na Hali G. nie mają dokładnej wiadomości, a tylko podają, że na Kościelcu od strony południowo-zachodniej jakiś turysta w ścianie woła o pomoc.
W tym dniu, jak nas dalej telefonicznie informują, wybrał się na Kościelec dr. Świerz i Tadeusz Ciesielski. Ponieważ nie wydawało się nam prawdopodobnem, aby tu chodziło o wymienionych, przeto prosimy, aby sprawdzono jeszcze dokładnie, gdyż nie chcieliśmy wprost wierzyć w możliwość konieczności niesienia pomocy tak wytrawnemu taternikowi, jakim był Świerz.
Niestety - ponowny telefon w pół godziny później niesie hiobową wieść "dr. Mieczysław Świerz zabity - leży u stóp Kościelca, Ciesielski tkwi w połowie ściany - wzywa pomocy".
W dwadzieścia minut wyruszają samochodem do Kuźnic Ignacy Bujak,
J. Oppenheim, przewodnik Józef Gąsienica Tomków, Bronisław Czech. Pod Boczaniem spotykamy wracającego z Hali G. Ferdynanda Goetla, który o wypadku jeszcze nic nie wiedział. Uścisk dłoni jako wyraz wzajemnego głębokiego wzruszenia - idziemy dalej. Na Hali G. przyłącza się do nas grupa turystów i skautów. Dwaj turyści, Bernadzikiewicz i Mogilnicki udają się wprost na Kościelec, aby od szczytu zejść na ścianę do Ciesielskiego i pomódz mu asekuracją do wyjścia. My tymczasem od Zielonego Sławku zbliżamy się pod ścianę Kościelca.
Spieszymy, aby za światła dziennego dotrzeć do zwłok. Pierwszy przy zwłokach stanął podpisany, poczem nadszedł p. Oppenheim i inni.
Ciało ś. p. Świerza leżało na wznak, głową w dół na piargach. Głowa lekko podwinięta pod tułów. Śmierć musiała nastąpić momentalnie. Zwłoki od pasa w górę obnażone, koszula zwinięta pod pachami, okręcona liną, której kawałek był ostro obcięty.
Badamy linę. jest prawie nowa, końce czterech silnie kręconych sznurów przecięte są na równej wysokości, ostro, bez strzępów. W odległości około 10 m w górę od miejsca, na którem leżą zwłoki ś. p. Świerza znajduje się pochyła płyta kamienna z dużemi śladami krwi. Na tę płytę upadł ś. p. Świerz i stąd dopiero ciało Jego zostało ukośnie odbite i rzucone na miejsce niżej położone. Mrok zapada, więc otulamy drogą głowę Zmarłego w nieprzemakalne ceraty, układamy ciało na materacach, owijamy siatką, następnie linami, przez które przeciągamy bambus.
O godz. 9-tej wieczór już o zmroku, przy świetle latarek rusza ekspedycja w dół na ścieżkę Wielki ciężar ciała zmusza niosących do ostrożnego stąpania. Zmieniamy się co chwilę, gdyż nikt nie jest w stanie w tych warunkach długo przedzierać się z ciężarem po pochyłości przez maliniaki. W międzyczasie wciągnięto Ciesielskiego na Kościelec i sprowadzono do schroniska P. T. T. Transport ciała Zmarłego trwał cztery godziny. O godz. 1-szej w nocy złożyliśmy zwłoki w kosówce przed schroniskiem i udaliśmy się do budynku na wypoczynek. Tu spotkaliśmy Ciesielskiego w stanie zupełnej depresji. Według jego opowiadania przebieg tragicznego momentu był mniej więcej następujący: od piargów zmierzali obaj południowo-zachodnią ścianą w górę, pokonując przy wzajemnem asekurowaniu się wielkie trudności.
1929_swierz-kom.jpg
Zachodnia ściana Kościelca. Czerwony kolor to droga Stanisławskiego, którą wspinał się M. Świerz na niebiesko zaznaczony odcinek,którym spadł M. Świerz. Dzisiaj komin u stóp, którego zginął M. Świerz nosi nazwę Komin Świerza.


Gdy doszli mniej więcej do połowy ściany, ś. p. Świerz asekurowany liną przez towarzysza, w odległości około 5 m trawersował odcinek będąc w danej chwili o jakiś 1 m wyżej od Ciesielskiego. Na drugim odcinku trawersu, po przejściu załamania ściany do komina, ś. p. Świerz chowa się według opowiadania towarzysza za ścianę komina, a Ciesielski widzi tylko Jego rękę, szukającą chwytu.
Nagle daje się słyszeć krzyk "oho - lecę" i Ciesielski czuje szarpnięcie liny, którą trzyma zabezpieczoną u haka, a zarazem widzi w tym momencie odpadającego towarzysza swego od ściany z blokiem w ręce. Przez kilka nieskończenie długich sekund ciało odbija się od ściany kominka i spada na płytę. Wysokość ściany mogła wynosić około 80 m. Drugi koniec przerwanej liny pozostaje w rękach oszołomionego Ciesielskiego, który woła następnie o ratunek. Przygodni turyści dają znać o alarmie z Kościelca na Halę G. i do T.O.P.R.

Na drugi dzień zwłoki ś. p, Świerza składamy na wóz kompanji wysokogórskiej, odbywającej ćwiczenia na Hali i zwozimy końmi przez Karczmisko- Skupniów Upłaz do Kuźnic, gdzie oczekiwała już wdowa z 11-letnim synkiem i 6-letnią córeczką Zmarłego. Ciało ś. p. Mieczysława Świerza zostało złożone w kaplicy cmentarnej.
Na trzeci dzień odbył się pogrzeb, na który przybyły delegacje P. T. T., Sekcji Turystycznej P. T. T., Karpathenverein'u z Czechosłowacji.
Przy trumnie ustawionej na katafalku w kościele parafjalnym zebrała się olbrzymia ilość publiczności, delegacje, młodzież szkolna, przewodnicy tatrzańscy w strojach góralskich z linami, rzesze młodych i starszych turystów i ludność góralska. Smutny obrzęd kościelny odprawił towarzysz wielu wypraw Zmarłego, ks. Jan Humpola. Trumnę złożono na drabiniastym wozie ubranym zielenią i tonącym i wieńcach. Za trumną postępowała żona, syn i córka Zmarłego oraz bracia, poczem reszta oddających popularnemu i powszechnie znanemu Taternikowi ostatnią posługę. Muzyka wojskowa poprzedzała kondukt.
Nad grobem przemawiali: delegat Pol. Tow. Tatrz. i S T. P. T. T dr. Stefan Komornicki, Zygmunt Mirtyński imieniem ciała pedagogicznego oraz dr. Michał Guhr imieniem Karpathenverein'u w języku słowackim i niemieckim.
Pogrzeb ten był olbrzymią manifestacją uczuć dla Zmarłego oraz dowodem jego popularności wśród szerokich warstw mieszkańców Zakopanego.
W parę dni później złożył w biurze P. T. T. pewien akademik zegarek ś. p. Świerza, który znalazł opodal miejsca upadku ciała. Wskazówka zegarka stanęła na godz 1-szej.

Dnia 17 lipca spadł z Nosala robotnik kamieniołomów tatrzańskich Franciszek Janiczek, lat 27, który z towarzyszem swoim wybrał się na szarotki. Ciężko rannemu udzielił pierwszej pomocy wysłany przez TOPR na miejsce wypadku Józef Gąsienica Tomków.
Janiczek po przewiezieniu do szpitala zmarł na drugi dzień wskutek ran w głowie.


 

Dnia 24 lipca wybrał się z Hali Gąsienicowej na Niebieska Turnie od strony Zielonych Stawków Gąś. niejaki Józef Plitzko, lat 26, nauczyciel szkoły powszechnej mniejszościowej w Królewskiej Hucie, stale zamieszkały w Bytomiu. Plitzko zamierzał robić zdjęcia fotograficzne.
Nie znając trudności, jakie piętrzą się z tej strony na Niebieskiej Turni wspinał się coraz to wyżej, aż utknął na trawiastej, mocno nachylonej półce, której już nie zdołał przejść. Obsunął się tu i spadł w przepaść z wysokości około 150 m na śnieg, ponosząc śmierć na miejscu.
Ciało jego wydobyła kompanja wysokogórska, która odbywała na grani Świnicy ćwiczenia. Towarzysz Plitzki, bawiący chwilowo w ten dzień w Zakopanem, zawiadomił rodzinę, która zwłoki zmarłego przez T. O. P. R do kostnicy w Zakopanem, przewiozła do Niemiec.


 

Tego samego dnia, 24. VII b r. zaszedł drugi nieszczęśliwy wypadek na Hawraniu.
Kolonja Koła Oświatowego z Warszawy, przebywająca na letnisku w Białce, urządziła pod kierownictwem p. M. Węgrzyckiego zbiorową wycieczkę w dwanaście osób na Hawrań.
Uczestnicy wycieczki nie byli wyposażeni w przybory turystyczne, ani też nie przygotowani fizycznie do tego rodzaju uciążliwej tury. To też jedna z pań p. Okraszewska stoczyła się z przełęczy Hawrania żlebem ponosząc bardzo ciężkie obrażenia na głowie i na całem ciele. Jedna z uczestniczek zawiadomiła Pogotowie Ratunkowe telefonicznie z Jaworzyny o wypadku, podając miejsce, gdzie ranna leży.
Wyruszył tam natychmiast samochodem przewodnik Józef Krzeptowski Wawrytko, tamże udali się również żandarmi czescy na pomoc, których Wawrytko prześcignął i pierwszy przybył do rannej.
Okraszewska dawała już bardzo słabe oznaki życia i w godzinę później zmarła. Czescy żandarmi znieśli jej zwłoki do Jaworzyny, gdzie odbyła się następnego dnia komisja sądowo-lekarska, poczem władze czeskie odesłały ciało zmarłej do Białki.



Dnia 7 sierpnia b. r. spadł z północnej strony Lodowego prof. Henryk Altman lat 32 x Warszawy, Zielna 25. i doznał silnego potłuczenia nogi, tak dalece, że o własnych siłach nie mógł ruszyć się dalej.
Na miejscu upadku pozostał 5 dni i dopiero dwóch turystów inż. Friedrich Trapper i inż. Hans Wettrich, którzy wskutek mgły zbłądzili i schodzili do Suchej Doliny również tym szlakiem, gdzie Altman zleciał, znaleźli go w dniu 11. VIII. całkiem przypadkowo.
Altman oznaczył im na mapie miejsce, w którem się znajduje - niestety - zupełnie fałszywie. Turyści wrócili do Jaworzyny, zkąd p. dyr. Karol Kummer wysłał ekspedycję po Altmana. Ekspedycja jednak nie znalazła go na wskazanem na mapie miejscu, które określone było po południowej stronie Kopy Lodowej nad Stawkiem pod Przełęczą, i znów tylko przypadkowo znaleźli Altmana dwaj chłopcy z Jaworzyny, którzy zaprowadzili ekspedycję czeską i wysłaną przez
T. O. P.R . na poszukiwanie Altmana, polską ekspedycję (w składzie: Marusarz Andrzej, Stanisław Gąsienica Byrcyn, Stanisław Gąsienica z Lasu, Jan Gąsienica Tomków i Andrzej Krzeptowski Wawrytko) na miejsce, gdzie leżał ranny. Ztąd zniesiono go w dniu 12. VIII. do Łysej Polany, a dalej samochodem przewieziono do szpitala.



W tymże dniu zgłosiła się do T. O. P. R. żona i szwagier Altmana, zaniepokojeni dłuższą jego nieobecnością. Wracający w samą porę z wyprawy przewodnicy udzielili żonie Altmana wyczerpujących wiadomości o chwilowo zaginionym i szczęśliwie odnalezionym turyście.
Dnia 9. VIII. b. r. zginął na Granatach, w żlebie Drege'a uczeń gimn.
Zbigniew Krzyszkowski lat 20. W dniu krytycznym wybrał się on z siostrami na Halę Gąsienicową i miał się z nimi spotkać na Granatach, celem zaś jego wycieczki było "zrobienie kilku ścianek". Ponieważ siostry jego nie spotkały się z nim, przeto wróciły do Zakopanego na Ustup, gdzie mieszkała ich matka. Rodzina Krzyszkowskicgo nie była początkowo zaniepokojona jego nieobecnością, gdyż Krzyszkowski miał w dniu 11 sierpnia (niedziela) przejść na trasę wyścigu Automobilowego Tatrzańskiego i potem dopiero wrócić.
W dniu 13. VIII. zwróciła się siostra Krzyszkowskiego do T. O. P. R. z prośbą o telefonowanie do schronisk z zapytaniem o brata. Na Hali G. nic nie wiedziano, zaś telefon do Morskiego Oka był zepsuty. T.O. P. R. poleciło równocześnie strażnikowi lasów Władysławowi Suleji przeszukanie ścian Granatów, Fajek i Kościelca, które miał Krzyszkowski robić.
Jednak poszukiwania nie dały chwilowo żadnych pozytywnych rezultatów, wobec tego miało wyruszyć T. O. P. R. na poszukiwanie zaginionego, lecz w ostatniej chwili matka Krzyszkowskiego telefonicznie wstrzymała ekspedycję, oznajmiając, że syna jej pójdą szukać koledzy jego będący na Hali G. Wreszcie dnia 15. VIII. doniósł Władysław Suleja do T. O. P. R. telefonem, że zwłoki Zbigniewa Krzyszkowskiego znalazł p. Zarzycki w żlebie Drege'a.
Ś. p. Krzyszkowski miał rozbitą głowę i strzaskane ciało, z czego wynika, że śmierć nastąpiła w czasie upadku momentalnie.


Żleb Drege'a w dawnych latach wielu turystów próbowało nim schodzić na skróty do Czarnego Stawu, większość z nich ginęła. Nazwa żlebu pochodzi od nazwiska pierwszej ofiary śmiertelnej.




Świadkiem upadku Krzyszkowskiego był ppłk. Korp. Kontr. M. S. Wojsk. dr. Ludwik Tangl, zdążający z towarzyszką p. Anną Zeisberger na Zawrat. Zauważyli oni bowiem jakiś czarno-biały przedmiot lecący z Granatów, lecz nie mogli rozróżnić, czy to był człowiek, czy plecak. Spostrzeżeniem podzielili się z turystami zdążającymi do Zakopanego i turyści ci przyrzekli wstąpić do schroniska i zawiadomić o powyższem zarząd schroniska.
Niestety jak ppłk. Tangl wieczorem tego samego dnia sprawdził, turyści ci do schroniska wcale się nie zgłosili.








Dnia 19. VIII. b. r. wyruszył z Bukowiny Tadeusz Krzemiński lat 20. zamieszkały w Warszawie Nowogrodzka 7. na wycieczkę na czesko-słowacką stronę Tatr.
Celem wycieczki, jak to kolegom oznajmił, był Garłuch i Łomnica. Ponieważ dwa tygodnie nie było o nim żadnej wiadomości, przeto koledzy zaginionego, Kazimierz Perycz, Warszawa, Wąski Dunaj 10 i Janusz Wilden, Warszawa, Marszałkowska 140, zaniepokojeni zgłosili do T. O. P. R i prosili o pomoc. Dano znać do Kezmarskiego Pogotowia Ratunkowego celem poczynienia poszukiwań po tamtej stronie Tatr jak również wyruszyła i polska ekspedycja w składzie sześciu przewodników i naczelnika Pogotowia p. Oppenheima.
Kilkudniowe wysiłki nie naprowadziły na żaden ślad zaginionego.

Dnia 5. IX. b r. o piątej popołudniu doniesiono telefonicznie z Hali G. do T.O.P.R., że spadł ze ścieżki na Świnicę turysta i odniósł ciężkie rany na głowie i ciele. Natychmiast wyruszyła ekspedycja ratunkowa, która późnym wieczorem spotkała grupę turystów znoszących rannego na Halę Gąsienicową.
Rannym okazał się prof. Edward Fersten lat 30 zamieszkały w Warszawie. Pogotowie zniosło prof. Ferstena do schroniska, poczem do Kuźnic, zkąd przewieziono go karetką do na opatrunek i rekonwalescencję.



W chwili, gdy sprawozdanie powyższe opracowano, gdy lista ofiar zdawało się jest definitywnie zamknięta, jakby dla dopełnienia i tak już przebranej miary śmierci, dwie młode istoty giną na Zamarłej Turni, Marzena i Lida Skotnicówne, w wiośnie życia i wśród radości wzruszeń, jakie daje nie zawsze bezkarnie obcowanie z pięknem i grozą Tatr.
Dnia 6 października b. r Marzena i Lida Skotnicówne wyszły rano z Gąsienicowej przez Kozią Przełęcz celem zrobienia Zamarłej Turni.


Lidia Skotnicówna



Należy tu wspomnieć, że młodsza z nich t. j. Lida przeszła Zamarłą Turnię w r. ub. Równocześnie na Zamarłą Turnię udała się druga grupa, ze Stawów Polskich, złożona z Bronisława Czecha, Józefa Wójcika i Jerzego Ustupskiego.
Wzajemnie grupy te o sobie nic nie wiedziały.

Grupa Br. Czecha, w której Ustupski szedł ostatni znajdowała się już pod dolnym trawersem ściany, gdy zauważono podążające w ich ślady dwie turystki. Po dojściu ich na odległość około 50 m poznano w nich Skotnicówne i głośno wymieniono pozdrowienia, nadto Ustupski zapytał czy mają haki, na co Lida S. odrzekła twierdząco.
Po krótkim czasie doszły Skotnicówne do Ustupskiego, który znajdował się na końcu dolnego trawersu i tu częstowały go cukierkami.
Br. Czech był w tym czasie pod drugim trawersem z Wójcikiem. Ustupski doszedł do grupy Czecha, a Lida Skotnicówna posuwała się tymczasem jako pierwsza wolno naprzód.
Przy drugim haku Lida zapinając karabinek na hak wypuściła go i karabinek zsunął się po linie.
W kilka chwil później Br. Czech zobaczył lecącą głową w dół Lidę i falującą wężykowatym ruchem linę. Marzeny zaś, z powodu zasłaniającej ściany skalnej nie widzieli.
Dopiero przy przekraczaniu t.zw. nyży zobaczył Br. Czech i jego towarzysze leżące dwa ciała w przepaści u stóp Zamarłej Turni.








Lida upadła na śnieg,





















Marzena zaś nieopodal na piargi.



Świadkowie tej tragedji zupełnie wyczerpani psychicznie z trudem pokonując nawet najłatwiejsze miejsca, wyszli na szczyt, poczem okrężną drogą zeszli do martwych ciał.
Nie mieli już co ratować. Późnym wieczorem dali znać z Hali G. telefonicznie o wypadku. Pogotowie Ratunkowe wyruszyło na drugi dzień na miejsce katastrofy i zniosło ciała doliną Roztoki skąd przewieziono je do kaplicy. Dwa dni później odbył się pogrzeb ofiar, który był wielką manifestacją uczuć matki.
Śmierć Skotnicówien i Honowskiej i Krukowskiej w r. ub. jest groźnem memento dla młodych taterniczek biorących sobie za cel wycieczki przerastające ich młodociane siły i doświadczenie taternickie.
Nie wolni od zarzutu są i ci taternicy, którzy siostry Skotnicówne zbyt wcześnie wtajemniczali w trudności wypraw skalnych.



Zagadkowe zniknięcie Loli Hirschównej w r ub. w sierpniu dotąd nie zostało wyjaśnione. Zdawało się, że znalezienie plecaka Hirschównej nad Stawem Jaworowym przyniesie pewne rozwiązanie. To też Pogotowie Ratunkowe wybrało się w połowie sierpnia b. r. ponownie na poszukiwania-niestety - bezowocnie.
Miejsce, na którem czescy żandarmi znaleźli plecak zaginionej, znajdowało się powyżej stawu Jaworowego około 70 m, na zboczu, w niewielkim zagłębieniu. Plecak zawierał legitymację Uniw. Jag. Hirschównej jej przepustkę tatrzańską, ręcznik i przybory do manicure.



Dnia 25 listopada 1929 r. wyrusza Pogotowie w składzie: Zdzisław Ritterschild, Bronisław Czech, Andrzej Wawrytko, Wojciech Wawrytko i Jakub Wawrytko do doliny Litworowej w poszukiwaniu za Włodzimierzem Firsoffem, absolwentem gimnazjum w Zakopanem, który wybrał się samotnie w niedzielę na wycieczkę i nie wrócił w porę do domu.
Utknął on bowiem w dolinie Litworowej w ścianie skalnej, z której, wskutek zaśnieżenia i oblodzenia, nic mógł zejść i zmuszony był z niedzieli na poniedziałek nocować w tej sytuacji niebezpiecznej.
Koledzy Firsoffa zaniepokojeni jego nieobecnością dali w poniedziałek popołudniu znać do Pogotowia, które ze względu na zmrok nie mogło wyruszyć na poszukiwania, gdyż byłoby to i tak bezcelowe i dopiero we wtorek wczesnym rankiem ekspedycja wyruszyła.
Tymczasem Firsoff z poniedziałku na wtorek musiał w tej samej pozycji zanocować w ścianie i czekać ratunku. Pogotowie dotarło we wtorek rano do miejsca, w którem Firsoff był niejako uwięziony i asekurując go pomogło mu wyjść z opresji cało i zdrowo, gdyż poza wyczerpaniem z zimna i głodu nie odniósł żadnych obrażeń cielesnych.
W międzyczasie napływały od krewnych i najbliższej rodziny alarmujące zapytania o Firsoffa, którego los w końcu szczęśliwie wyjaśniono.

Koszta wypraw T. O. P. R. tylko w znikomej części zostały pokryte przez poszkodowanych lub ich rodziny, po największej części koszta te zostały pokryte z funduszów Pogotowia. Fundusze te to subwencje różnych instytucyj spieszących z finansową pomocą tej tak potrzebnej na terenie Tatr organizacji. Skład zarządu Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego nie uległ od r. ub. zmianie.
Ignacy Bujak
Zakopane, 1929. sekretarz T.O.P.R.


Data utworzenia: 19/11/2011 : 13:52
Ostatnie zmiany: 21/11/2011 : 18:31
Kategoria : Kroniki TOPR


Wersja do druku Wersja do druku

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

Translator
Partnerzy
^ Góra ^