Kroniki TOPR - Kroniki 1908
Z WYPRAW TATRZAŃSKIEGO OCHOTNICZEGO POGOTOWIA RATUNKOWEGO

Mariusz Zaruski 1909(Opowieści prawdziwe)


Niewesołe obrazy widzą mi się, gdy biorę za pióro, ażeby skreślić kilka wspomnień z wypraw Pogotowia Ratunkowego w Tatry.
Niepokój pozostałych w Zakopanem rodzin niefortunnych turystów, strach łzy i krwi niemało na turniach tatrzańskich – oto pierwsze wrażenia pamięcią przywołanych do życia chwil niedawnej przeszłości.
Tatrzańskie Pogotowie zorganizowało się, zaopatrzyło w przybory i wyćwiczyło w ratownictwie swoją Straż Ratunkową, która nieraz już niosła pomoc w górach.
Niedość wszakże podania do ogólnej wiadomości samego faktu: w paru poniższych szkicach chciałbym czytelnikowi dać przybliżone pojęcie o robocie Straży, w głównych liniach zarysować obrazy sytuacyi, które były w rzeczywistości, stworzone częścią przypadkiem, częścią akcyą planową ratunkowych wypraw.
O tych, którzy odeszli na zawsze i przez pamięć o sobie na własność ludziom oddali, pisze otwarcie imiona ich wymieniając; nazwiska osób żyjących dla łatwo zrozumiałych powodów osłaniam kryptonimami. Nie trzymam się tutaj porządku chronologicznego wypadków, jakkolwiek staram się o możliwe wierne odtworzenie obrazów.
Jest w Pogotowiu smutna księga, nosząca tytuł: >>Księga wypraw ratunkowych<<, w której zapisane są z bezwzględnością latopisarską wypadki tatrzańskie oraz przebieg akcyi ratunkowych. Stamtąd biorę dokładne dane, odnoszące się do osób, czasu i samych wypraw. Zbyteczne to, prawda gdyż wszystkie te fakty tkwią mi ze szczegółami tak żywo w pamięci, jak gdyby wczoraj się stały. I być nie może inaczej

Zaginął bez wieści.

Wiosna na świecie, lecz w górach zima: na stawach lód, zamarznięte siklawy, śniegi na zboczach od grani do spodku.
Turnie i piargi miejscami już powyłaziły ze śniegu. Ale mało, co widać z tego, bo pluta wiosenna roztoczyła nad Tatrami swe skrzydła i deszczem siecze a prószy kurniawą; gra wicher dziką symfonię na skałach poszczerbionych grani, targa kosówką zawieszona na stokach Czeskiej Doliny, szeleści, dzwoni i gwiżdże.
Nad Zmarzłym Stawem, tuż nad spasztami, urywającymi się w głąb jeziora, przytuleni do przewieszonej ściany turniczki odpoczywamy: Szymon Tatar, Jędrzej Marusarz i ja.
Dwa inne oddziały Straży poszły na Mięguszowieckie i Rysy;
nam wypadło szukać w Dolinie Czeskiej, we wschodniem zboczu Rysów i żlebach wiodących na Wagę.
Jak wilki przemknęliśmy się lasem, ażeby nie wzbudzić podejrzeń cerbera, siedzącego pod Wysoką, który z pewnością byłby nas nie puścił w zakazaną dolinę. Szukamy prof. Ernesta Weiss, który >>zginął w Tatrach bez wieści<<. Istotnie bez wieści, bo po dziś dzień z fatalnej wycieczki nie wrócił i nie wiadomo, gdzie zginął.
Grube krople wody deszczowej ściekają po ścianie wanty i kapią nam na nogi, na ramiona, na ręce... Niewesoły dzisiaj świat górski: mroczno w nim, zimno – kiedy niekiedy beznadziejne tumany deszczu poczną ciemnieć w jednem miejscu, zarysowują się jakieś niewyraźne kontury żlebów i krzesanic, aliści wiatr targnie mokrą chmur szmatą i znowu szarość rozlewa się morzem.
>>Pójdziemy< W milczeniu zebraliśmy swoje bagaże i wysunęliśmy się z pod skały.
Od dłuższego już czasu wytężałem słuch czujnie, od Wysokiej szły bowiem jakieś głosy czy jęki. Zauważyłem, że Tatar stanął i słucha.
>>Nie słyszeliście głosu, Szymonie<- A słyszałek. Ode żlebu kajsi coś woła.
Po małej gromadce iskra przebiegła. Słuch mię, znaczy, nie mylił: Szymon słyszał ten sam głos, który ja słyszałem.
O, znowu jęk słychać! Cicho.
- Słuchajcie dobrze!
Idziemy na głos prawie po omacku, szukając przejścia wśród przepaścistego zbocza Zmarzłego Stawu, który daleko u stóp naszych pluszcze wezbraną falą. Powyżej grzmi i wzdycha zakuta w lodzie siklawa. Idziemy powoli, stając i nasłuchując. Głos słabnie, wzmaga się, przenosi się z miejsca na miejsce...
Ki dyabli! wymyka się przez zaciśnięte zęby.
Podchodzę do podnóża siklawy, która z mrocznej lodowej gardzieli dysze na mnie chłodem i ulewą bryzgów; włażę pod skorupę lodu, wypatrując najmroczniejsze zakątki: gdyby Weiss tam z góry poślizgnął się, z pewnością musiałby tutaj leżeć: na lodowych spadach nie zdołałby się zatrzymać. Siklawa huczy i zagłusza wszelki głos z zewnątrz.
Nic niema.
Wznosimy się dalej wzdłuż wodospadu... coraz ciszej... Znowu głos słychać, lecz teraz za nami – właśnie w tych miejscach u podnóża siklawy, które przed chwiląśmy przeszukali.
>> Otumaniło nas cosi: to w siklawie na głos tak jajcało <<.
Górale z rezygnacyą patrzą w stronę siklawy, bystrym wzrokiem wpijając się w mglistą zasłonę.
Gdzie iść teraz, gdzie szukać? Nie widać nic naokoło... Hej duszo błędna, gdzieżeś się zaprzepaściła?...
Nie pomogły poszukiwania węgierskich przewodników i pięciodniowe naszego Pogotowia w Rysach, Mięguszowieckich, w Złomiskach, Wysokiej: nie wrócił Weiss do rodziny swojej w Hucie Królewskiej.
I już nie wróci.

Ocalony.

Nad przepaścią w Wielkie Buczynowej Turni stoi człowiek. Plecami oparty o skałę, która się nad nim schyliła, u stóp swoich ma głębie powietrzną. Przestał już tak wieczór i mroźna noc wrześniową, przestał dzień następny i znowu taka samą noc długą, podczas gdyśmy go szukali w Nosalu, Olczyskiej i lasach poblizkich. Jak dzisiaj go widzę: w czapeczce turystycznej, w paltociku, przykuty brakiem miejsca do wysterku skalnego, na którym spadając, przypadkowo się zatrzymał, stoi i czeka. Lód pokrył zbocza Buczynowych Turni.
Szoruje długa, 75-metrowa lina o skałę, słychać usuwanie się drobnych kamyków, ukazuje się twarz obca i ręka wyciągnięta na... powitanie.
Zdrów? cały? Cały, pić i jeść! Przymrożone ręce i nogi. Blizko 40 godzin stał nad przepaścią i wystał sobie życie. Gdyby był próbował wydobyć się z pułapki, - niechybnieby zginął.
Bodaj się zawsze tak nieszczęścia tatrzańskie kończyły!

Straszna sobota.

Wysoko, w podniebnej gdzieś ścianie Małego Jaworowego konał Szulakiewicz. Młode życie wsiąkało w piargi, spływało w szczeliny turni wraz z kroplami lodowatej ulewy, która od wieczora rozpostarła się nad Tatrami i zatopiła świat górski. Wezbrały potoki, turnie pokryły się siecią białych nici – strumieni, w każdym żlebie grzmiała siklawa, z każdej skrzyżali na całą jej szerokość płynęła woda; toczyły się kamienie, wyrwane z swych łożysk, huczało, szumiało, lało się z turni i z nieba. W strugach tego potoku grad siekł biczami igieł lodowych, śnieg ślepił oczy kurniawą; pioruny krwawym blaskiem oświetlały nam drogę.
W zamęcie chaosu znikli z oczu towarzysze wyprawy: rozprószyli się gdzieś po fatalnej ścianie, albo zostali w dolinie.
W pięciu wspinaliśmy się razem: członkowie Pogotowia – Klimek Bachleda, Stanisław Zdyb i ja – i dwaj ochotnicy: R. K. i A. Z. Trafiliśmy dobrze na jedyne przejście w ścianie, które wprost prowadzi do miejsca katastrofy. Idziemy, kolanami, łokciami, to znowu na stopach, wciągamy się na rękach, czołgamy na płask po oślizgłych płytach; woda leje się strugami w rękawy, za kołnierz – dawno suchej nitki na nas już nie ma; dygoce ciało jak w >> tańcu św. Wita <<, szczęki odruchowo się poruszają, dzikie dźwięki miast słów z ust nam wychodzą; gorączka z niespanej nocy na wozach i ze znużenia pali się w oczach, zgrabiałe palce nie czują już chwytów...
Zacięła się lina, którą byłem z Klimkiem związany, o skałę i zwisła w przepaści. Klimek odwiązał jej koniec i puścił. Poszedł grzędą skalna na prawo, ku wielkiemu „koniowi”.
>> Wracajcie, Klimku!<<
We dwóch ze Zdybem idziemy na lewo, w rynnę. >> Nie mogę dalej – Zdyb mówi – sił nie mam<<. Ej, jeszcze trochę, może przejdziemy. Dźwięczy mi w uchu głos Szulakiewicza, który kilka razy wśród szumu wód spadających w drodze słyszałem... I Klimek słyszał, mówiliśmy z nim o tem: to głos Szulakiewicza – nie może być inaczej – z góry idzie. Szedł z góry; ej jeszcze trochę, może dojdziemy.
Ho-ho! Szu-la-kie-wicz!...
Szumi woda wezbrana, szeleści po płytach, jęczy, dzwoni, skacze po głazach...
Szu-la-kie-wicz !?
Jakaś zasłona wodna, gobelin w arabeski dziwnie utkany przedemną... rękę na nim oparłem. Położyć się, czy nie położyć? Na gobelinie pewno dobrze spać można... Przepadnij maro! To rynna skalna. Przecie mam chwyt w dłoni, dlaczegoż go nie czuję? Czy rękę odjęło? Nogi dźwignąć się nie chcą, nie mogą.
Oprzytomniałem.
>> Wracamy <<
Stoimy ze Zdybem pod ścianą żebra skalnego, drżąc z zimna i śpiąc z otwartemi oczyma. Czekamy na Klimka. Ukazał się na grzędzie niedaleko, pod masywem „konia” – oddala się... na grań Jaworowych ręka wskazuje, na grań dąży: znać nie chce schodzić, jak przyszedł.
>> Kli-mku, wra-ca-jcie << !
Wracaj, Klimku, stary wilku tatrzański o bystrych oczach i uszach czujnych: nie widzisz? Tam śmierć stoi i czeka na ciebie... Wracaj, druhu serdeczny, wierny towarzyszu na odchłannych bezdrożach tatrzańskich, wróć się! natychmiast wróć się !!...
Zahurkotała w żlebie kamienna lawina, zakołatała o ściany trumny Klimkowej...
Daleko na dole leży bez głowy trup Klimka.
Starą głowę zostawił na krzesanicach.
Straszna to była sobota !

Pościel w ścianie Małego Jaworowego

Po wielkich trudach znaleźliśmy ciało Szulakiewicza, a uwiązawszy do długich lin, zaczęliśmy je opuszczać ze straszliwej tej ściany, sami również zjeżdżając na linach i asekurując się wzajem. Przebyliśmy w ten sposób najtrudniejszą część drogi, ale połowy nawet jej nie osiągnęliśmy, gdy zmrok górski zaczął szybko ogarniać doliny i szczyty.
Wybrawszy odpowiednią płasienkę, zabezpieczoną od spadających kamieni, poleciłem złożyć tam zwłoki i schodzić w dolinę.
Szybko posunęła się na dół pierwsza partya.
My, idąc za nią, zmuszeni byliśmy ściągać długie i rozmokłe od wilgoci liny, które ustawicznie się zacinały. Zeszliśmy właśnie z rozmokłego upłazku i mieliśmy przez pochyloną bez chwytów płytę w żleb trawersować, gdy znowu zacięła się 60 metrowa lina.
Schodziłem ostatni, więc ująwszy jeden koniec silnie targnąłem.
Lina nie osunęła się.
Powtórzyłem próby, lecz nadaremnie. Wtedy we dwóch z Marusarzem jęliśmy szarpać, później we trzech, wciąż bezskutecznie. Kazałem wówczas ciąć liny. Tymczasem ściemniło się do tego stopnia, że szliśmy po omacku, próbując ich mocy, zanim krok stąpiliśmy naprzód.
Przeczołgaliśmy się w żleb przez płytę i doszli do silnie pochylonej płasienki. Trzeba było znów linę zaczepić i w głąb na niej jechać. Lecz noc była zupełna.
Nic nie widać.
Zapałki – zamokły.
Hej, tu będziemy nocować. A noc zimna, chmury włóczą się nizko, chwilami deszczyk pokrapywać zaczyna.
Pięciu nas było: Jędrzej Marusarz, Jasiek Pęksa, Wojciech Tylka, Józef Wawrytka (syn) i ja.
Markotno się zrobiło. Nie mówimy nic, ale rozumiemy to wszyscy, że jest niedobrze: żleb przepaścisty, po bokach gładkie ściany, w których się nie ukryjesz; jeżeli rozdeszczy się w nocy – żlebem pójdą kamienie, wybiją nas wszystkich, żaden z duszą nie ujdzie.
Bo jak i gdzie pójdziesz ?
Nie furkniesz ptakiem ku Żabiemu Stawkowi, nad którym pełza światło ogniska: tam obozuje Pogotowie i turyści, którzy ściągnęli w Jaworową Dolinę: watrę rozłożyli, grzeją się koło ognia...
Oj, zimnoż nam, zimno – tem bardziej, że na ogień patrzymy.
Co będzie – to będzie. Zsunąłem się na skraj płasienki i ułożyłem się na płycie skulony. Znużenie jęło mi zaraz kleić powieki. Przemógłszy jednak senność, uwiązałem się liną do skały, żeby we śnie nie stoczyć się w przepaść – podzieliłem zapasy, jakie miałem w kieszeni, pomiędzy towarzyszy i leżałem, dygocąc z chłodu jak w febrze. Tylka wraz z Wawrytką wcisnęli się w szczelinę płasienki i również legli. Marusarz i Pęksa siedzieli wyżej.
Przeciągły głos z doliny się ozwał. Józek porwał się:
>> To ociec, ociec ! ku nam idom !<< Istotnie od ogniska oddzieliły się trzy światełka i ruszyły w stronę naszą. Jaśnieją coraz bardziej, zbliżają się... Otucha wstąpiła w serca gromadki. Z pochodnią idą, mają pewno liny, bo nasze pocięte na turniach zostały – nie będziemy w tej czeluści nocować – nasłuchując, czy nie idzie żlebem śmierć nasza – kamienna lawina; zejdziemy ku watrze, ogrzejemy się i odpoczniemy. Tak śmiertelnie znużeni jesteśmy !
Światło już jest pod ścianą – we mgle roztaczają się kręgi jego i wydają się blizko zupełnie... słychać głosy z dołu... krok za krokiem, wciąż bliżej. Siedzimy w milczeniu, wzrokiem chłonąc ciemności.
Światło mroczy się, słabnie – oddala się powoli; znowu trzy widać światełka... Odchodzą... dążą ku watrze. Na odchodnem krzyczeli coś. A któż się rozezna w tem, co krzyczeli !
Odeszli.
Ognisko nad stawem także zgasło.
W żlebie naszym cicho, jak makiem zasiał. Każdy pogrążył się w myśli swoje: któż wie co ranek przyniesie ?
Powyżej nad nami leżał trup Szulakiewicza, poniżej – nieco na lewo – chociaż nie wiedzieliśmy jeszcze o tem wtedy – roztrzaskany o skały trup Klimka Bachledy.
Tak w sennem majaczeniu minęła noc 8 sierpnia 1910 r.

W zielonych sankach.

Dwaj nieszczęśni czescy turyści, Karlik i Wonaszek, zasnęli snem wiecznym na piargu Rysów, poniżej pierwszej klamry na grzędzie. Krwią i mózgiem obryzgali żleb na ogromnej przestrzeni; pod skałą leżą, jakby się ułożyli do chwilowego spoczynku. Wiedzieliśmy idąc po nich, że już trupy.
Każdy z nas dźwigał gałąź kosodrzewiny, z której na miejscu sanki niezwykłe zrobiliśmy. Na tych sankach zieleni cetyny, jechali z gór Wonaszek i Karlik – po raz ostatni.
Na dole oddaliśmy ich ludziom, którzy grzebią umarłych.

Gra w ślepą babkę.

A oto rzadkie, wesołe intermezzo wypraw Pogotowia: gra w ślepą babkę, pogoń ratowników za turystą, który przednimi ucieka – oczywiście nie wiedząc, że pomoc, tropem jego idzie.
Pan X., wracając z wycieczki, pomylił drogi i zbłądził.
Z przełęczy pod Kopą Kondracką szedł w Tomanową, mniemając, że idzie do Zakopanego.
W Zakopanem alarm, poszło Pogotowie.
Zajęliśmy trzema oddziałami dolinę i Kopę Kondracką i przeszukali tak, że świstak nie skryłby się przed nami.
W schronisku T. T. na przełęczy, przenocowaliśmy ( o jak dobrze w jesienną noc mieć na tej wysokości dach schroniska nad głową !)
i znów rozciągnąwszy się łańcuchem tyraljerskim od rozpadliny po Jawor, schodziliśmy w Tomanową Liptowską.
Niedaleko już Hali odcisk ostro kutego buta na glinie: obcas ten sam, co zapisany w >> Księdze wypraw ratunkowych << Pogotowia w rubryce: >> Przedstawienie wypadku według słów osoby, wzywającej Straż ratunkową <<.
A oto i ślad ciupagi zgodny z opisem !
Więc X. był tutaj. Dobrze idziemy. Znaleźliśmy jeszcze parę odcisków obcasa i stanęliśmy przy pustym szałasie. Rewizya szałasu dała nam jedną tylko tutkę od papierosa: nowy dowód, że p. X. tędy przechodził. Tomanowa Liptowska pochyla się w Dol. Cichą, skąd rozchodzą się dwie drogi: na dół ku Pod Bańskiej i do góry w Dol. Wierchcichą.
Byłem przekonany, że p. X. znajdziemy żywego – może leżącego gdzie koło drogi z wyczerpania, bo zapasów nie miał, a w górach było już pusto. I nie gdzie indziej, tylko w Dol. Cichej.
Ruszyliśmy raźno na dół.
W Cichej za mostem ślady urwały się, chociaż koło mostu znaleźliśmy parę odcisków. Szliśmy wszakże dalej – kilometr, półtora.
Niema śladów.
Zawróciłem tedy całą Straż w Dol.Wiercichą, jakkolwiek wydawało się nieprawdopodobieństwem, ażeby człowiek zabłąkany i wyczerpany, bez zapasów żywności, trafiwszy na drogę wiodącą na dół do siedzib ludzkich, z tej drogi zawrócił i resztkami sił pchał się w górę, nie znając terenu ani oddalenia od schronisk.
A jednak tak było. Pan X., jak potem się okazało, nocował w opuszczonym szałasie i tutka była jego; doszedł następnie do mostu, od którego zawrócił w Dol. Wiercichą. Straż Pogotowia poszła w góry, ja zaś ze Staszkiem Byrcynem udałem się na Pod Bańską, ażeby wymienić depesze i kupić zapasów żywności, które u nas były już na wyczerpaniu.
Na noclegu też w Tomanowej, gdzie naznaczyłem punkt zborny, dowiedziałem się, co było dalej.
Pogotowie szło śladem X. i doszło do szałasu w Wierchcichej, w którym ostatni dzień właśnie siedzieli juhasi. Do tego szałasu w przededniu dowlókł się p. X. wycieńczony w najwyższym stopniu – no i trafił szczęśliwie. Pasterze go nakarmili, napoili, a następnego dnia, sam baca odprowadził na Halę Gąsienicową.
Na Tomanowej w szałasie dobry był nocleg. Piekliśmy w popiele ogniska >> grule <<, przyniesione z Pod Bańskiej i gwarzyli wesoło, jak to >>pan<< przed nami uciekał: my na przełęcz, jego już niema; my ku szałasowi, on z szałasu; my na mostek, on z mostku; my w Wierchcichą – jego i tam już niema !
>>Mocny jakisi pan: telo świata obleciał przez jadła. Haj<<.

Mariusz Zaruski

Data utworzenia: 31/10/2011 : 10:59
Ostatnie zmiany: 31/10/2011 : 17:22
Kategoria : Kroniki TOPR


Wersja do druku Wersja do druku

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

Translator
Partnerzy
^ Góra ^