Kroniki TOPR - Kroniki 1931
W porównaniu z ubiegłemi latami należy uważać bieżący rok za wyjątkowo szczęśliwy, ze względu na małą ilość tragicznych wypadków, mimo, że ruch turystów wszelakiego gatunku był znacznie większy, czemu zresztą sprzyjała od czerwca do początków sierpnia doskonała pogoda. Zalecane przez P.T.T. posługiwanie się fachowymi przewodnikami z pośród ludności góralskiej oraz wyraźne wskazówki o niebezpieczeństwach, czyhających w Tatrach na nieuświadomionych turystów, osiągnęły swój cel.

Nie należy tego rozumieć w ten sposób, jakoby P. T. T. w poprzednich latach nie rozwijało akcji w kierunku zmniejszenia tragicznych wypadków, których skala dotąd wciąż wzrastała, jednak ostatnie lata dawały odstraszający przykład dla lekkomyślnych i niedoświadczonych wycieczkowców, którzy wreszcie zaczęli stosować przepisane środki ostrożności, korzystali z informacji, i niezapełnili dzięki temu smutnej kroniki Tatrz. Ochotn. Pogotowia Ratunkowego.

Mimo to Tatry i w tym roku wzięły okup za lekceważenie ich tajemniczej grozy.

Już na początku roku zaszedł tragiczny wypadek na Świstówce, albowiem w dniu 3-go stycznia 1931 r. wskutek pośliźnięcia się na zaśnieżonej ścieżce, prowadzonej od Morskiego Oka przez Świstówkę do Pięciu Stawów Polskich, zsunął się ś. p. Jan Cramer po stromem niesłychanie zboczu do Doliny Roztoki - spowodowawszy nadto w żlebie lawinę i zginął na miejscu, doznając w czasie przebycia około 200 ściany i żlebu, śmiertelnych ran na głowie, oderwania szczęki, rozdarcia wnętrzności i połamanie rąk i nóg.
Ś. p. Jan Cramer szedł wspomnianą ścieżką ze swym bratem ciotecznym Józefem Lechowskim, jako drugi, tak, że towarzysz jego upadku Cramera nawet nie widział, a tylko słyszał jego krzyk w chwili zsuwania się.
Obaj szli pieszo i nieśli narty na plecach.
Ekwipunek turystyczny ś. p. Cramera pozostawiał dużo do życzenia. Gdyby posiadał raki na nogach, niewątpliwie byłby przeszedł szczęśliwie.
Dziwnym i wprost trudnym do zrozumienia jest przytem fakt, że towarzysz Cramera, chcąc mu nieść doraźną pomoc, zszedł tą samą ścianą w dół żlebem zlodowaciałym, pozbawionym śniegu wskutek zerwania się lawiny.
Już w pobliżu prawie samej ścieżki w dolinie Roztoki znalazł zwłoki ś. p. Cramera w okropnym stanie rozbicia.
Zawiadomiono T. O P. R., które w składzie: Andrzej Marusarz, Andrzej Wawrytko i Józef Stopka, zniosło następnego dnia zwłoki do szosy, poczym przewieziono je do Zakopanego.



Mniej tragiczny wypadek zaszedł w dniu 28 czerwca, w którym niejaki Fajwel Banach, wieku lat 15, syn kupca z Nowego Targu, spadł ze Świnicy w stronę Doliny Walentkowej i uległ dość silnym potłuczeniom.
Mjr. Bałaban, bawiący tam w tym czasie ze szkołą Kadetów korpusu nr. 2 w Chełmie, wysłał na pomoc rannemu kompanię szkolną z kap., Giedronowiczem, która z zadania tego w trudnych warunkach górskich wywiązała się doskonale. Opatrzono rannego na miejscu, poczem zniesiono go na Halę Gąsienicową i na Skupniów Upłaz w szybkim tempie, tu oddano go w ręce nadchodzącego Pogotowia Ratunkowego, w składzie: A. Marusarz, A. Wawrytko, W. Wawrytko, St. Gąsienica z Lasu i St. Rój, które dowiozło go do szpitala w nieprzytomnym stanie.
Wkrótce jednak wyleczył się z ran i uprzytomnił sobie lekkomyślność przedwczesnego zapuszczania się w Tatry.



Przykładem "dzikiego" wycieczkowania, narażającego T. O. P. R. na fałszywe alarmy, to chwilowe zaginięcie p. Lodzi Łysikównej, zamieszkałej w Zakopanem.
Od dawna dzieliła się ona ze swymi bliskimi, marzeniem zdobycia Giewontu, aż nadszedł decydujący dzień 4-go lipca, w którym oświadczyła domownikom, że pójdzie do Doliny Białego i na Giewont, lub też na Halę Gąsienicową. Ponieważ w dniu tym nie wróciła, zaalarmowano późnym wieczorem Pogotowie Ratunkowe.
Narazie wyruszył na noc A. Marusarz do Doliny Białego odszukać jakichkolwiek śladów zaginionej - jednak bez rezultatu. Na drugi dzień, w niedzielę, wyruszyła silna ekspedycja w składzie: St. Gąsienicy z Lasu, A. Marusarza, A. Wawrytki i W. Wawrytki, w dwóch grupach na Giewont, celem dalszego poszukiwania.
Tymczasem p. Łysikówna jeszcze w pierwszym dniu wyprawę swą skierowała wprost na Halę Gąsienicową, zacierając za sobą wszelkie ślady kierunku wyprawy. Po drodze dala się namówić spotkanemu towarzystwu pań na dalszą turę i przeszła przez Zawrat do Pięciu Stawów.
Tu, zamiast zanocować, panie podążyły dalej do Morskiego Oka, dokąd jednak wskutek zapadłego zmroku nie dotarły i przenocowały na miękkich gałązkach kosówki.

Dopiero na drugi dzień o wschodzie słońca cała grupa dotarła szczęśliwie do upragnionego celu - Morskiego Oka, skąd już bez przygód, szczęśliwie nastąpił powrót do Zakopanego.

Tymczasem dzięki tej wyprawie pierwsza grupa Pog. Rat. (A. Wawrytko i St. Gąsienica z Lasu) natknęła się w połowie żlebu Kirkora na jednego zabitego turystę, będącego już w zupełnym rozkładzie.
Ten stan zwłok uniemożliwił narazić przewodnikom bliższe ich zbadanie, względnie poszukiwanie za dokumentami, z których można by było stwierdzić identyczność osoby.
Narazie ustalono, że rozbity turysta był w wojskowym mundurze, mocno już zetlałym, co również jak i stan zwłok, wskazywało, że wypadek nie był świeży. Na drugi dzień wyruszyła ekspedycja zaopatrzona w gumowe rękawice i środki odkażające i zabrała ciało do Zakopanego.

Dalsze dochodzenia wykazały, że były do zwłoki członka orkiestry wojskowej 10 p. p. s. p., Zygmunta Więckowskiego, który jeszcze 24-go czerwca udał się z pułku służbowo do Warszawy, skąd wyjechał do Zakopanego.
Narzeczona tragicznie zmarłego otrzymała stąd list, w którym jednak nie było, żadnej wzmianki o projektowanej wycieczce.
Ś. p. Więckowski nie zdając sobie sprawy z trudności ściany Giewontu, schodził nią lub też wychodził od strony Zakopanego i znalazł tam, jak już wielu innych jego poprzedników śmierć. Liczył lat 21.



W dniu 15 sierpnia b. r. wyruszył na wspinaczkę na północną ścianę Koziego Wierchu, znany w kołach taternickich dr. Adam Kowenicki, w towarzystwie Władysława Jaszczurowskiego.
Atakując ścianę szedł pierwszy dr. Kowenicki, asekurowany przez towarzysza liną 20 m. Po przejściu około 40 m odpada dr. Kowenicki od ściany i leci łukiem, przerywając silnym targnięciem linę, zaczepioną o hak asekuracyjny w ścianie. Dr. K. padł na płytę śniegu pod ścianą, doznając złamania ramienia i ogólnego wstrząsu i długotrwałego zamroczenia.
Siłą upadku odbity zesunął się bezwładnie, lecz już nieszkodliwie na piargi niżej. Śnieg uratował mu życie.
Na alarm towarzysza pospieszył z pomocą bawiący naówczas na Hali Gąsienicowej, członek T. O. P. R. Bronisław Czech z bratem Władysławem i p. Wilżanką.
Znieśli oni rannego do Czarnego Stawu, stąd zaś z Marusarzem i Andrzejem Wawrytką oraz z sześciu ochotnikami dostawiono rannego do Kuźnic i do szpitala w Zakopanem, pod opiekę dr. Nowotnego.



Jednym z niezwykle ciekawych wydarzeń w ratownictwie był wypadek p. Haliny Jastrzębowskiej, który z tego względu opiszemy, jakkolwiek nie brało w nim udziału T.O.P.R. - P. Halina Jastrzębowska odłączyła się w dniu 2 sierpnia od towarzystwa turystów, z którymi bawiła po czeskosłowackiej stronie Tatr i udała się samotnie na wspinaczkę od Małej Wysokiej ku Rohatce.


Mała Wysoka i jej grań schodząca (w lewo)do Rohatki, ściana w cieniu opada do Dol. Świstowej


Przy obchodzeniu jednego z uskoków odpadła od skały zleciała około 80 m na stronę doliny Świstowej.
Szczęście, że stroma ściana spadku nie miała większych występów, o które mogłaby się rozbić spadając, raczej zsuwała się po tej pochyłości, aż wreszcie zatrzymała się potłuczona i bezwładna, bez większych jednak uszkodzeń na głazach.
Że w czasie lotu z przepaścistej ściany p. J. nie poniosła śmierci, a nawet nie uszkodziła się poważnie, należy przypisać jedynie jakiemuś cudownemu zbiegowi okoliczności, stosunek szans między życiem a śmiercią przedstawiał się jak
1: 1OOO.


Wypadek miał miejsce około godziny 10-tej przedpołudniem. P. J. przebudziła się z nieprzytomnego stanu dopiero nocą - bezradna - bezsilna - samotna, zawieszona na bloku między niebem a ziemią. Tak spędziła noc.
Nad ranem poczęła wołać o pomoc głosem, na jaki ją w tych warunkach stać było. Głos posłyszeli trzej turyści: Albert Nemeth i bracia Kopacz i skierowali się na Małą Wysoką.
W międzyczasie głos przycichł, tak, że ratujący stracili orientację i sądzili przytem, że był to fałszywy alarm. Wrócili zatem na swoją drogę, gdy ponownie dał się słyszeć głos.
Wówczas, przekonani o rzeczywistości wypadku, udali się dwaj z nich na szczyt Malej Wysokiej, a trzeci do schroniska Śląskiego po dalszą pomoc.
P Nemeth i dr. Jarosław Kopaczka dotarli z trudem do Jastrzębowskiej i udzielili jej pierwszej pomocy. Na to nadszedł również p. Kenar z polskiej grupy turystów, którą p. J. opuściła, oraz p Jan Heisner, i wspólnie z poprzednimi poczęli ranną znosić wśród nieprawdopodobnie ciężkich warunków terenowych.
Sytuacja jednak zmusiła ich do obrania drogi w górę żlebem ściany bardziej dostępnym. Tymczasem nadeszła dalsza pomoc w składzie: pp kpt. Kraus, dr. Keichert, dr. Eugenjusz Egervary i Drużinsky, którzy od szczytu Małej Wysokiej, asekurując się 30 m linami, utworzyli cały łańcuch posuwający się ku grupie z Jastrzębowską.
Nastała znów noc, w czasie której akcja ratunkowa dalej trwała.

Dopiero na trzeci dzień zdołano nad ranem osiągnąć szczyt Małej Wysokiej. Ponieważ mimo rozporządzenia tragarze nie donieśli noszy na szczyt, musiała p. J. jeszcze zejść do Długiego Stawu, skąd dopiero na noszach dostawiono ją do Śląskiego schroniska, poczem wozem do sanatorjum dr. Guhra, który otoczył ją lekarską opieką.
Jest to jedna z najpiękniejszych kart fachowego i pełnego poświęcenia ratownictwa w Tatrach.
Wzięli w niem udział Czesi, Węgrzy, Niemcy, Słowacy i Polacy.



Jakiż kontrast z powyższym wypadkiem tworzy "przygoda", której w dniu 23-go sierpnia b. r. uległ niejaki p. Szydło z Warszawy na równej drodze Skupniowego Upłazu.
Z drogi tej stoczył się po dość stromym zboczu upłazu i uległ potłuczeniu głowy i zwichnięciu ręki.
Rannego zniósł na noszach Andrzej Wawrytko z juhasami do Kuźnic, skąd autem przewieziono p. Szydłę do szpitala w Zakopanem.
W międzyczasie zawiadomione telefonicznie z Hali Gąsienicowej Pogotowie Ratunkowe wyruszyło w składzie J. Stopki i Stan. Roją przez dolinę Olczyską i minęło się ze zniesionym już przez Wawrytkę p. Szydło.



Z końcem sierpnia zaalarmowano również Pogotowie Ratunkowe celem poszukiwania zaginionego na Świnicy turysty.
Wyruszyli zatem Stan. Gąsienica z Lasu i St. Rój w tym kierunku, zaginiony zaś tymczasem wędrował, jak się okazało, do Pięciu Stawów Polskich, tu nocował, poczem przez Śpiglasową Przełęcz dotarł do Morskiego Oka i do Zakopanego.
Zaginionym okazał się p. Ijewlew Oleksy z Wilna.



Podobna wyprawa wyruszyła również na wezwanie za p. Korytowską i p. Popławskim, którzy na określony dzień nie wrócili do Zakopanego, lecz nocowali w Pięciu Stawach Polskich.
Ostatnia wyprawa w okresie sprawozdawczym była na Krzyżne.



Dnia 9-go września b br. zawiadomił telefonicznie z Morskiego Oka Pogotowie Ratunkowe por. marynarki woj. p. Tadeusz Gorazdowski, że do schroniska w Pięciu Stawach Polskich przyszedł turysta inż. Henryk Schiffer i wzywa pomocy dla swej towarzyszki Józefiny Schiffer, która po spędzonej mroźnej nocy na Koszystej nic ma sił zejść do schroniska.
Wobec tego Pogotowie Ratunkowe w składzie Józefa Gąsienicy Tomkowego, Stanisława Roją i Józefa Stopki wyruszyło natychmiast na Krzyżne, lecz turystki już tam nie znaleźli, gdyż tymczasem chłopak od Andrzeja Krzeptowskiego pomógł turystce zejść do schroniska.

Na tem prawdopodobnie skończy się akcja w bieżącym roku.


Data utworzenia: 21/11/2011 : 17:32
Ostatnie zmiany: 21/11/2011 : 17:36
Kategoria : Kroniki TOPR


Wersja do druku Wersja do druku

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

Translator
Partnerzy
^ Góra ^