Kroniki TOPR - Kroniki 1930
Reorganizacja i sprawy wewnętrzne.

Dzięki inicjatywie i gorliwości p. gen. Mariusza Zaruskiego przeprowadzono na wiosnę 1930 r. reorganizację Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego tak w zakresie administracyjnym, jak i osobowym.
Na kilku posiedzeniach Zarządu opracowano szczegółowo wytyczne, po których ma iść praca w T.O.P.R. oraz program Walnego Zebrania członków T.O.P.R., które w dniu 13-go kwietnia 1930 r. przygotowany materiał zatwierdziło.
Do najważniejszych uchwalonych i wykonanych spraw należy uporządkowanie i skompletowanie sprzętu ratowniczego, które powierzono p. St. Zdybowi, założenie telefonu dla celów ratowniczych do p. Oppenheima (nr. tel. 608) i p. Andrzeja Marusarza (nr. 607), umieszczenie w schroniskach tablic z objaśnieniem sygnalizacji optycznej i akustycznej w razie wypadku w górach, uzupełnienie apteczek w schroniskach górskich, a nadto uchwalono wznowić przeszkolenie techniczne i sanitarne Straży Górskiej, składającej się wyłącznie prawie z przewodników tatrzańskich.


Mariusz Zaruski wspólnie z ratownikami, juz w stopniu generała


Na Walnem Zebraniu członków T.O.P.R. został obranym jednogłośnie prezesem T.O.P.R. oraz honorowym naczelnikiem Straży Górskiej p. gen. Mariusz Zaruski, 1-szym wiceprezesem p. dr. Wacław Kraszewski, II-gim p. Andrzej Marusarz, sekretarzem p. Ignacy Bujak, gospodarzem p. St. Zdyb, skarbnikiem p. Józef Oppenheim, nadto do Zarządu weszli p. Zdzisław Ritterschild, p. Stan. Gąsienica Byrcyn, p. dr. Gustaw Nowotny.
Walne Zebranie powołało do życia Komisję statutową w składzie:
p. Oppenheim, p, Marusarz i p. Ritterschild, której zadaniem jest ułożenie nowego statutu, uwzględniającego fuzję T.O.P.R. z Polskiem Towarzystwem Tatrzańskiem.

Na Walnem Zebraniu złożyło 11 członków T.O.P.R. uroczyste przyrzeczenie słowem honoru i podaniem ręki prezesowi gen. Zaruskiemu, że oddają się z całą gotowością na każdą wyprawę, celem niesienia pomocy nieszczęśliwym turystom.
Ślubowanie to złożyli: Andrzej Wawrytko, Wojciech Wawrytko Starszy, Józef Wawrytko Krzeptowski, Józef i Jan Gąsienica Tomków, Wawrzyniec Dzielawa, Józef Bachleda Wala, Wojciech Wawrytko Krzeptowski, Józef Stopka Krzeptowski, Zdzisław Ritterschild oraz Stanisław Krystyn Zaremba.

Stan majątkowy T.O.P.R. przedstawia się nieszczególnie.
Zarząd całą swoją uwagę i finanse poświęcił uzupełnieniu sprzętu ratowniczego, środki zaś na ten cel czerpał tylko z subwencji, której w kwocie 1.000 zł. udzielił Referat Turystyki Min. Rób. Publ., dzięki szczególnej opiece, jaką T.O.P.R. otacza referent p. radca dr. Mieczysław Orłowicz oraz w kwocie 650 zł od Zarządu Uzdrowiska Zakopane.
Nadzieje, jakie T. O. P. R. pokładało w Walnym Zjeździe Delegatów P.T.T. w Stanisławowie, gdzie wysunięto wniosek minimalnego opodatkowania członków Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego na cele Pogotowia, zawiodły w zupełności.
Jako połowiczne załatwienie dotacji na cele ratownictwa w górach znalazł Za-rząd Główny P.T.T. w tej formie, że z własnych funduszów przyrzekł corocznie zasilać kasę T.O.P.R. kwotą 500 zł, zaś Oddziały Zakopiański i Warszawski P.T.T. również przyrzekły subwencję po 250 zł.
Jeśli się jednak zważy koszta wypraw ratunkowych, które nie zawsze poszkodowani są w stanie pokryć, to w gorącym sezonie wypadków akcja Pogotowia stanąć może pod znakiem zapytania.
W "księdze wypraw", prowadzonej od czasów założenia T. O. P. R. do tej pory, notowanych jest 120 wypadków, w których życie ludzkie uratowano dzięki pełnej poświęcenia akcji Pogotowia Ratunkowego.
Nie wliczono tu tych wypraw, gdzie chodziło o zniesienie z niedostępnych prawie miejsc zwłok nieszczęśliwych turystów.


Kronika wypraw T.O.P.R. w roku 1930.

Dnia 18 lutego 1930 r. o godz. 4-tej popołudniu zawiadomiono z Kuźnic telefonicznie sekretariat Pogotowia o wypadku, jakiemu uległ, wskutek złamania nogi w lesie na drodze z Hali Kondratowej, turysta narciarz Andrzej hr. Rey z Równego.
Na miejsce wypadku wysłano sankami Józefa Krzeptowskiego i Jana Marusarza, którzy znaleźli rannego na wspomnianej drodze już pod opieką dzierżawcy schroniska na Kalatówkach p. Korzeniowskiego i mechanika p. A. Naorniakowskiego.
Panowie ci rozpalili ognisko i czuwali przy rannym aż do nadejścia Pogotowia, które następnie ostrożnie przewiozło go do szpitala na wyleczenie.


 

Serię wypadków śmierci w Tatrach rozpoczyna ś. p. Zbigniew Geysztor, słuchacz politechniki warszawskiej, lat 27, który opuszczony przez towarzyszy i pozbawiony jakiejkolwiek pomocy, na wycieczce umiera z wyczerpania.
Z tragedii, jaka rozegrała się przy Niżnim Stawie Białczańskim, został sporządzony i przez towarzyszy ś. p. Geysztora podpisany protokół następującej treści:

Dnia 14 kwietnia 1930 r. niżej podpisani i ś. p. Zbigniew Geysztor wyszli ze schroniska w Roztoce, celem dokonania wyjścia na Żabi Szczyt Wyżni. Wyprawa była obliczona na jeden dzień i na taki czas byliśmy zaprowiantowani.
Rano dość dobra pogoda, zmieniła się w huragan około godziny 2-giej czy 3-ciej popołudniu. Już w czasie burzy schodziliśmy ze Szczytu Żabiego Wyżniego granią na przełęcz pod Młynarzem.
Zjazd na zlodowaciałych linach z uskoku grani zajął nam tak dużo czasu, że obawiając się nocy poczęliśmy schodzić wprost ku dolinie Żabich Stawów Białczańskich.
Urwisko, ponad które zeszliśmy, i noc zmusiły nas do pozostania i biwakowania w śniegu. Siedzieliśmy od godziny 7, 40 wieczorem do 4, 30 rano. Głód, przemarznięcie (siedzieliśmy zupełnie przemoczeni), zmęczenie i odmrożenie nóg wyczerpały nas tak dalece, że dokończenie grani (normalnie około 1 godziny) zajęło nam czas do godziny 1, 30 popołudniu. O tej godzinie zeszliśmy do żlebu z przełęczy pod Młynarzem.
Tu rozwiązaliśmy się i już każdy na własną rękę ratował gasnące z wyczerpania życie. Antoni Kenar i Wiesław Stanisławski pierwsi dowlekli się do Roztoki o godzinie
3-ciej popołudniu. W pół godziny później przybył Stefan Bernadzikiewicz. Koło godziny 5-tej popołudniu zaniepokojeni o ś. p. Zbigniewa Geysztora, który szedł na końcu i który powiedział, że sobie powoli będzie schodził (po owym noclegu ś. p. Gieysztor czuł się najlepiej z nas czterech), prosiliśmy Andrzeja Krzeptowskiego, żeby wyszedł na spotkanie ś. p. Geysztora.
Wziąwszy herbaty w manierkę udał się on z M. Budzówną do doliny Żabich Stawów Białczańskich, gdzie znalazł nad potokiem tuż poniżej Żabiego Stawu Białczańskiego Niżniego już martwego ś p. Geysztora.
Zmarł zapewne z wyczerpania, pijąc wodę z potoku. Stefan Bernadzikiewicz mp., Wiesław Stanisławski mp., Antoni Kenar mp.".

Z Roztoki zawiadomiono Pogotowie Ratunkowe, które wyruszyło na miejsce wypadku w następującym składzie: kierownik Pogotowia p. Oppenheim, ochotnik p. St. Krystyn Zaremba oraz przewodnicy:
Andrzej Marusarz, Stan. Gąsienica Byrcyn, Józef i Jan Gąsienica Tomków i Józef Krzeptowski.
Ciało ś p. Gieysztora zniesiono pod wieczór drugiego dnia przez granicę do Roztoki, skąd sanitarką p. Orkisza przewieziono do kaplicy cmentarnej w Zakopanem. Pogrzeb, na który przybyła najbliższa rodzina, odbył się przy licznym udziale taterników i publiczności, komentującej żywo przyczynę śmierci i przypisującej odpowiedzialność za nią towarzyszom Zmarłego.



W niedzielę, dnia 15 czerwca 1930 r., zginął na północnej szczytowej ścianie Giewontu Mieczysław Machowski w 20-tym roku życia, stale zamieszkały w Zakopanem


Dolna część żlebu ze Szczerby, płyty skalne to tzw "Blachy"



Wyruszył on ze Stanisławom Karpielem, również ze Zakopanego, od Strążysk żlebem ku Szczerbie i w żlebie odłączył się od towarzysza, kierując swe kroki ku szczytowi, Karpiel zaś podążył w górę żlebem.
















Środkowy odcinek żlebu jest łatwiejszy,






ale tylko dla taterników znających zasady wspinania i asekuracji




Od czasu do czasu dawali o sobie znać okrzykami, potem jednak Machowski zamilkł.
Karpiel, zaniepokojony, powrócił przez "Bacug" ku Siklawie i tu jakiś czas oczekiwał na Machowskiego.


Nie mogąc się go jednak doczekać powrócił do Zakopanego i rano w poniedziałek udał się do ojca zaginionego, chcąc się upewnić, czy towarzysz wyprawy powrócił.






Niestety, Machowskiego w domu nie było.








Górny odcinek Żlebu ze Szczerby znowu się spiętrza i jeśli chcemy ominąć trudności należy znać topografię północnej ściany Giewontu.





Zawiadomiono o tem Pogotowie Ratunkowe, które wyruszyło (Andrzej Marusarz, Jan Gąsienica Tomków i Józef Krzeptowski Wawrytko) na ścianę Giewontu.








Znalezione w zupełnie zniekształconym stanie zwłoki ś.p. Machowskiego zniesiono do Zakopanego.







7 lipca 1930 r. późnym wieczorem zostało Pogotowie Ratunkowe jak i całe Zakopane zaalarmowane sygnałami świetlnymi, pochodzącymi ze ściany Giewontu już niedaleko od krzyża.Reorganizacja i sprawy wewnętrzne.
Sygnały te widoczne były i wyraźnie podawane co pewien czas. tak, że nie ulegało wątpliwości, iż ktoś tkwi w ścianie i woła pomocy.
To też Pogotowie w sile trzech przewodników wyruszyło nocą do Strążysk, a skoro świt wspięło się na ścianę. Jeszcze z dołu przewodnicy dawali wzywającym pomocy znaki świetlne, na które ze ściany odpowiadano.
Gdy przewodnicy podeszli tak blisko, że można było się porozumieć z turystami w ścianie, zapytali o przyczynę pozostania tam na noc i jaki zaszedł wypadek.
Na to turyści, a było ich pięciu, odpowiedzieli, że Pogotowia wcale nie wzywali i pomocy nie potrzebują, zaś sygnały świetlne tłumaczyli tem, że robiąc prostopadle ku krzyżowi ścianę zdarli haki do asekuracji i ostrzyli je lampką do lutowania i wykuwali na ostro oraz że grzali się, paląc papiery. Zapytani o nazwiska odmówili odpowiedzi.
Pogotowie wróciło zatem i zgłosiło szczegóły o całym zajściu w biurze P.T.T. Turyści ci, Zank Karol, Pawliczek Antoni. Pająk Józef, Meinusz Wilhelm i Badena Władysław, pokonawszy za dnia resztę ściany Giewontu, zjawili się w sekretariacie Pogotowia, usprawiedliwiając swój mimowolny alarm i oświadczyli, że jeszcze niejednokrotnie ścianę Giewontu będą, celem wyspecjalizowania się w tego rodzaju trudnościach, robili, co też później istotnie miało miejsce.
Wyjście to było pierwszym w linii prostej od podnóża do krzyża północną ścianą Giewontu. Wymienieni otrzymali też na życzenie od sekretariatu Pogotowia odnośne zaświadczenia, celem wykazania się wobec Sekcji Turystycznej przy Kolejowym Związku w Katowicach, do którego należą.



Szczęśliwie zakończyło się zaginięcie Józefa Dawidka, lat 19, stale zamieszkałego w Kuźnicach. Wyruszył on w niedzielę 13-go lipca b. r. w spacerowym ubraniu (lakierki) samotnie i bez prowiantu na Zawrat, poczem opuścił się ku dolinie Pięciu Stawów Polskich. Tu zaskoczyła go mgła i zbłądził. Na drugi dzień, na skutek doniesienia ojca zaginionego, zorganizowano, celem przeprowadzenia poszukiwań za Dawidkiem, wyprawę, w której wzięli udział p. St. Zdyb z Pogotowia i ochotnicy: pp. Tadeusz Pawłowski, Witold Paryski, Antoni Stolfa, Wiktor Ostrowski i Czesław Kwarciński.
Przeszukano w 3-ch dniach żleby i urwiska od Świnicy pod Zamarłą Turnię i Granaty bezskutecznie. Tymczasem Dawidek nieświadomie znalazł się w swej tułaczce, według późniejszego opowiadania, nad jakimś stawem z łódkami (Szczyrbskie Jezioro), skąd okrężną drogą, przybył w dniu 16 lipca zgłodniały i zupełnie wyczerpany na Łysą Polanę, a stąd do Zakopanego.


Dnia 15 lipca 1930 r. interweniowało Pogotowie Ratunkowe w sile 10 ludzi pod Żabią Przełęczą, gdzie ulegli wypadkowi z powodu osunięcia się głazu Adam Uznański, Łazarowicz i Józef Orenburg. Ostatni doznał najsilniejszych potłuczeń.
Pogotowie sprowadziło rannych, prócz Uznańskiego, który wyszedł bez szwanku, do schroniska przy Morskim Oku, poczem samochodem do Zakopanego, gdzie w krótkim czasie wyleczyli się do dalszych wspinaczek.


Dnia 29 lipca 1930 r. zawiadomił pewien turysta Pogotowie, że w północnej ścianie Giewontu tkwi jakiś młodzieniec i wzywa ratunku.
Zorganizowano natychmiast wyprawę z udziałem: Józef Gąsienica Tomków, Stanisław Gąsienica z Lasu, Jan Gąsienica Tomków, Stanisław Rój i Stefan Bernadzikiewicz, którzy wyruszyli na noc.
O świcie dotarli do miejsca przymusowego postoju, niejakiego Motyki, stale zamieszkałego w Zakopanem, lecz z braku haków i wobec prostopadłej ściany, której bez nich nie można było pokonać, zmuszeni byli posłać po haki do Zakopanego, poczym dopiero zdjęli kandydata do wieczności z połowy ściany.


Dnia 1 sierpnia 1930 r. o godz. 9-tej rano zginął na południowej ścianie Ostrego Szczytu Kazimierz Kupczyk, lat 21, słuchacz praw Uniwersytetu Krakowskiego.
Wybrał się on w towarzystwie p. Krystyny Sinkówny na tę wspinaczkę, którą zakończył tragicznie, przeszedłszy zaledwie 50 m. w górę. Odpadł od skały i na piargach pod ścianą zakończył swój młody żywot.
Towarzyszka wyprawy wyszła cało.
Zwłoki ś. p. Kupczyka zniesiono do Wsi Staroleśnej, skąd sanitarką p. Orkisza przewieziono do Zakopanego i do Warszawy. Ś. p. Kupczyk zapowiadał się jako doskonały wspinacz.


Dnia 3-go sierpnia 1930 r. uległ ciężkiemu wypadkowi potłuczenia starosta z Doliny, p. Mieczysław Rappe, lat 42.
Schodził on ścieżką od Świnicy ku Gąsienicowym Stawom i potknąwszy się zleciał kilkanaście metrów, doznając silnych obrażeń na głowie i całym ciele. Nieszczęśliwemu turyście udzielili pierwszej pomocy towarzysze wycieczki i turyści ze schroniska na Hali Gąsienicowej, którzy go do schroniska znieśli. Stąd przetransportowało rannego wysłane z Zakopanego Pogotowie Ratunkowe do szpitala, gdzie dłuższy czas się leczył.


Dnia 11 sierpnia 1930 r. zmarł z wycieńczenia na wycieczce ponad Spadami Gierlachowskiemi ś. p. Władysław Edward Duchiewicz, nauczyciel gimnazjum w Jarosławiu.
Wracał on w towarzystwie Tadeusza Ciesielskiego i kilku innych towarzyszy, którzy do ich grupy się dołączyli, z Popradzkiego Jeziora przez Żelazne Wrota do Kaczej Doliny, ogółem było 10 osób, a wśród nich dwóch członków Sekcji Turystycznej P.T.T. (oprócz Ciesielskiego) pp. Justyn Woysznis i Rzepecki (młodszy).
Zasadniczym błędem, jakiego turyści ci się dopuścili, było późne wyruszenie ze schroniska przy Jeziorze Popradzkiem w powrotną drogę, bo około godziny 1-szej w południe.
W drodze zerwała się wichura śnieżna z deszczem, co niezwykle utrudniło i męczyło turystów, a przede wszystkiem wpływało tamująco na pośpiech.
W tych warunkach cała grupa, nie mogąc się już z powodu wyczerpania i zapadłej nocy dalej posuwać, zmuszona była z 10. na 11. zanocować w górach. Skostniali z zimna, jak kto mógł tak ułożył się przy ścieżce, prowadzącej do Kaczej Doliny ponad Spadami Gierlachowskiemi.
O spaniu nie było mowy. Ś.p. Duchiewicz czuł się coraz to gorzej. Nad ranem całe towarzystwo, w tem kilka pań, ostatkiem sił poczęło schodzić, pomagając osłabionemu zupełnie Duchiewiczowi, który jednak po krótkim czasie wysiłku postanowił zostać na miejscu, aż do czasu nadejścia pomocy z Roztoki, względnie ze Zakopanego. Okryto ś.p. Duchiewicza namiotem i śpiworem i pozostawiono go samotnie.
Turyści po dojściu do schroniska w Roztoce zaalarmowali Pogotowie Ratunkowe telefonicznie od dróżnika Pary i pozostali w schronisku, celem ratowania odmrożonych nóg i rąk.
Na ratunek ś.p. Duchiewicza wyruszyli: pp. Oppenheim, Stanisław Gąsienica z Lasu, Andrzej Marusarz, Andrzej Wawrytko, Stanisław Rój, Jan Ceberniak, Józef Stopka i ochotnik Maciej Zajączkowski. Samochodem przybyli do Roztoki, a stąd pieszo do Kaczej Doliny, gdzie znaleźli poniżej tego miejsca, na którem pozostawiono ś.p. Duchiewicza, o czem świadczyły śpiwory i rzeczy, już tylko zimne jego zwłoki.
Co skłoniło ś.p. Duchiewicza do opuszczenia tego miejsca i czy uczynił to w stanie przytomnym, pozostanie na zawsze tajemnicą. Ś.p. Duchiewicz obsunął się kilkanaście metrów w dół, nie odnosząc zresztą na ciele żadnych obrażeń, które spowodowałyby, niezależnie od wyczerpania i skostnienia od zimna, śmierć.
Ciało zmarłego zniesiono do Roztoki, a stąd sanitarką do Zakopanego.

Ponieważ śmierć turysty w Tatrach w podobnych warunkach była już drugą z rzędu w bieżącym roku (pierwszy ś. p. Geysztor), przeto na skutek nacisku i opinii kół taternickich wybrano specjalną komisję fachową, złożoną z pp. prof. Zygmunta Klemensiewicza, Stanisława Krystyna Zaremby i Józefa Oppenheima, której zadaniem było zbadanie wszystkich okoliczności, w jakich ś.p. Duchiewicz i jego towarzysze w krytycznych dniach się znajdowali. Odnośne protokoły spisane z wszystkimi prawie uczestnikami tej wycieczki dadzą pewne wyjaśnienie w tej sprawie lub może pewne usprawiedliwienie niektórych szczegółów tragedii. Dalsze dochodzenia są w toku.


Dnia 15 sierpnia b.r. zginął na południowej ścianie Mięguszowieckiego Szczytu Izydor Weinios, słuchacz praw, lat 22, stale zamieszkały we Lwowie. Weinios, będący na kolonii wakacyjnej w Jaszczurówce, wybrał się z towarzyszami na wycieczkę i w Morskim Oku odłączył się od swojej grupy i poszedł z innymi turystami przez Mięguszowiecką Przełęcz ku Popradzkiemu Jezioru. Schodząc w dół poślizgnął się na płycie i zleciał około 50 m, doznając tak silnych potłuczeń, że po dwóch godzinach zmarł.
Ciało zniesiono do wsi Mięguszowce, skąd sanitarką p. Orkisza przewieziono je do Zakopanego i do Lwowa.


Jedną z najcięższych wypraw od czasów śmierci ś.p. Klimka Bachledy i Szulakiewicza była wyprawa ratunkowa po Jana Remleina z Poznania, który przy zejściu ścianą ku dolinie Litworowej złamał nogę i rękę.
Wymieniony wybrał się 3-go września 1930 r. w towarzystwie Nowackiego Romualda, również z Poznania, na Czerwone Wierchy od strony Strążysk.
Na Krzesanicy zaskoczyła ich mgła. Postanowili wracać wprost w dół, nie orientując się zupełnie w terenie w jakim się znajdowali.
Przy schodzeniu stromą ścianą skalną Remlein odpadł i zleciał kilkanaście metrów, zatrzymując się cudem na wystającej półce skalnej.
Ponieważ uległ złamaniu nogi, ręki i silnemu potłuczeniu głowy, przeto nie mógł już dalej się ruszyć, towarzysz jego zaś, rzecz prosta, nie mógł mu sam udzielić pomocy i podążył do Zakopanego.
W słowie tem "podążył" mieści się jednak niezrozumiała dla znających tamtejszy teren zagadka, jakim cudem już prawie o zmroku zdołał p. Nowacki zejść ze ściany bez przygody.
P. Nowacki zgłosił wieczorem w Pogotowiu wypadek.
Pod kierownictwem p. Zdzisława Rittersschilda wyruszyli na noc Jan Gąsienica Tomków i Józef Krzeptowski Wawrytko, którzy dopiero co przybyli pociągiem z Berlina, gdzie brali udział w wyświetlaniu filmu "Der Bergflihrer von Zakopane", oraz Stanisław Wawrytko Krzeptowski i Józef Wójcik.
Wyprawie towarzyszył, mimo zmęczenia i okaleczenia, p. Nowacki, prowadząc do Malej Łąki.
Noc była dżdżysta, nad ranem mróz. W Małej Łące oświadczył p. Nowacki, że "tędy nie szedł" i terenu nie poznaje. Kiedy p. Ritterschild zwrócił mu uwagę, dlaczego dopiero teraz o tem mówi, odpowiedział, że przypuszczał, iż wyprawa podąża "na bliższe drogi".
Wobec tego Pogotowie, nakładając szmat drogi, udało się do doliny Litworowej, gdzie wreszcie p. Nowacki wskazał miejsce wypadku. Dawano głośno znaki p. Remleinowi, na które ten odpowiadał powiewaniem chustki.
P. Remlein znajdował się w ścianie na wysokości w przybliżeniu 150 m.
O zdjęciu go siłami, jakimi ekspedycja rozporządzała, nie było mowy. Posłano zatem po drugą partię, którą poprowadził p. Oppenheim.
Wyruszyli nadto Andrzej Krzeptowski Wawrytko, Józef Stopka i Józef Wala Bachleda. Po dłuższej wspinaczce dotarli do rannego. Spuszczono ku niemu Józefa Wawrytko, który na widok rannego oniemiał, zaś po pewnym czasie zaczął wołać "o la Boga - o la Boga"; zapytany - co się dzieje - dał tylko odpowiedź "80 kilo wagi - co to będzie?" W istocie p. Remlein jest silnej budowy i poważnej wagi ciała. To też w okrzyku Wawrytki mieścił się cały obraz trudności, jaka Pogotowie czekała przy sprowadzeniu w tym niesłychanie ciężkim terenie rannego.
P. Remleina opatrzono, założono deszczułki na złamane miejsca ręki i nogi, owinięto je watą w dużej ilości, poczem z całego p. Remleina zrobiono rodzaj mumii przez okręcenie linami.
Wszystko to działo się na ważkiej półce skalnej przy wzajemnej asekuracji, z uwzględnieniem ostrożności, które należało stosować do rannego. P. Remlein zachowywał się w czasie zakładania opatrunków niezwykle dzielnie, jedynie tylko zakładanie deszczułek na nogę wyrwało z ust jego okrzyk, przerywający ciszę doliny Litworowej i unieruchamiający na moment wszystkich przewodników mimo, że nie byli nowicjuszami w takich wypadkach. Po ukończeniu przygotowań powyższych przystąpiono do najcięższego zadania, do schodzenia z rannym.
Należało się zatem asekurować wzajemnie i pamiętać przede wszystkim, że mumia okręcona linami to żywy człowiek, czujący na sobie każde bliższe zetknięcie ze ścianą skalną.
Zejście to i spuszczanie na linach mumii trwało dla Pogotowia wieki, a niewątpliwie i dla rannego, według czasu zaś do wieczora. P. Remleina zniesiono do doliny Kościeliskiem, a stąd sanitarką do szpitala na długotrwałe leczenie.
Akcja powyższa należała do jednej z najcięższych w Tatrach.


Przypuszczalnie 10 września b. r. (według pisma "Karpathenverein") zginął pod Łomnicą polski turysta Łukasz Bednarczuk, urzędnik Tow. Ubezp. od wypadków w Łodzi, lat 41.
Akcję Pogotowia Ratunkowego w odnalezieniu jego zwłok przejęło Tow. "Karpathenverein", któremu należą się słowa pełnego uznania z powodu sprawnego działania.
Według pisma "Karpathenverein" ś. p. Bednarczuk poznał się dnia 10. IX. b. r. w schronisku Tery'ego z drugim turystą z Wiednia, Pawłem Grtinhutem, nauczycielem gimnazjalnym i wyruszyli obaj na Łomnicę.
W czasie tym panowały w górach mgły i deszcze, a nawet zawieje śnieżne. Niewątpliwie zastała turystów przy schodzeniu noc. Kierowali się oni w drodze powrotnej na wschód (Widły), aby kotliną Łomnickiego Stawu przyjść do Łomnicy Tatrzańskiej.
Przy zejściu na "Cmentarzysko" zbłądzili a idący z tyłu zapewne obsunąwszy się pociągnął ze sobą towarzysza i obaj zlecieli.
Ś. p. Bednarczuk zginął na miejscu, gdyż miał zupełnie zniekształconą głowę, natomiast Grtinhut miał jeszcze tyle siły, że poczołgał się po śniegu dość duży kawałek pod ścianę skalną i tam zmarł od doznanych potłuczeń.
Przy nieszczęśliwych znaleziono latarkę. Lin przy sobie nie mieli. Wysokość upadku wynosiła od 40 do 50 m.
Poszukiwania za turystami trwały pięć dni i wszczęte zostały na skutek zapytań konsulatu austriackiego odnośnie do Grtinhuta, zaś o Bednarczuka wszczął alarm zarząd pensjonatu "Lwowianka", gdzie ś. p. Bednarczuk bawił jako gość.


Dnia 18 września 1930 r. o godz. 9-tej wieczorem zawiadomili pp. Wacław i Irena Suszyccy Pogotowie Ratunkowe, że pod szczytem Giewontu siedzi od strony zachodniej w odległości około 50 m dwoje turystów i wzywają pomocy. Nie ma wprawdzie wypadku nieszczęśliwego, lecz turyści ci znajdują się w trudnym do schodzenia miejscu i ze względu na noc należy wysłać ludzi na ratunek.
Zorganizowano zatem wyprawę, w której wzięli udział: Andrzej Krzeptowski Wawrytko, Józef Krzeptowski Wawrytko, Józef Wójcik, Józef Stopka i Daniel Gąsienica. Wyruszyli oni jeszcze w nocy, aby nad ranem dojść do turystów.

Żleb Kirkora z góry wydaje się łatwy do schodzenia, ale to tylko złudzenie


O godz. 6-tej z rana dotarli do nich i pomogli im zejść do Strążysk. Sprawdzono, że nie znający zupełnie Tatr i nie zdający sobie zupełnie sprawy z niebezpieczeństw w górach pp. Benisz Alfred, aplikant sądowy z Nowego Sącza, lat 25 i Matylda
Rybska, lat 20, chcąc na bliższe drogi dostać się z Giewontu do Zakopanego

(gdyż Zakopane od krzyża widać było "jak na dłoni") poczęli schodzić żlebem w dół i utknęli przy pierwszej trudności, czekając na zbawczą interwencję Pogotowia.



W swej dolnej części żleb jest podcięty kilkoma trudno dostępnymi progami




Reasumując powyższe zestawienie ze szczegółami wypadków, w których Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe interweniowało, wynika, że cztery razy w bieżącym sezonie sprawozdawczym zniesiono zwłoki z terenu wysokogórskiego, ośm zaś razy uratowano życie ludzkie, zagrożone w niedostępnych ścianach skalnych i turniach Tatr.
I.B.
Zakopane, w październiku 1930 r.


Data utworzenia: 19/11/2011 : 22:22
Ostatnie zmiany: 20/11/2011 : 21:43
Kategoria : Kroniki TOPR


Wersja do druku Wersja do druku

Komentarze

Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.
Bądź pierwszy!

Translator
Partnerzy
^ Góra ^